Stanisław Grochowiak- „Haiku- images”

 

* * *

 

Bóg błogosławi małomównym

Ale święci są tylko cisi

Zbawieni- co nie poruszają wargami

 

Skała- ona nie strzępi języka

Woda- która połknęła trupa

Ryba

O źrenicach zatrzaśniętych jak przyłbice

 

Wielka przeto nasza wina

Rozdokazywanej epoki

Ale niczego nie dokazującej

 

Ani wskazówki zegara na słomianym ogniu

Ani źdźbła słomy w oku rozpustnicy

Ani rulonu

W dłoni Tyberiusza

 

Wielka jest przeto moja wina

W hałasie weselników

Roznoszących ni to placki ni to porcje mamałygi

Ni słońca barokowych monstrancji

Żeby je pożerać wzrokiem

 

U Bruegla tam siedzę

I cmoktając- od kapelusza niewidomy-

Ssam paluch pochwały i gadulstwa

 

Dzieckiem tam jestem

Ledwo głos odąłem

 

________________________________

Haiku- images

 

Część pierwsza

 

I

  Czapla

 

Wywiodłeś mnie w las błękitny i zarazem zbutwiały

Tu i ówdzie opary dźwigały żółty smród siarki

Tylko w głębi czerwona czapla trzymała w dziobie list na siedem pieczęci

 

II

 Łąka

 

Rosa opadła na nas jak dokuczliwy rój owadów świtu

Chłopi w białych sukmanach nieśli czarne trumny

Twój nie kończący się pocałunek łopotał jak chorągiew przed nimi

 

III

 Arsenał

 

Wszystko zewnętrzne przeniosłem do wazonu mej duszy

Drzwi domu zamknąłem na zardzewiałe rygle

I po raz pierwszy ujrzałem tłumy kadetów z latawcami

 

IV

 Równina

 

Wieżę wznosi się cierpliwie- kamień po kamieniu

Dół otwiera się mozolnie- ziarnko po ziarnku

Biegnę z grzechotką makówki głosząc spokój równiny

 

V

 Rycerz

 

Ściąłem mieczem maleńki wilgotny fiołek

Uniosłem fioletową główkę w szczupłych palcach

Przynieśli mi hełm pancerz i żelazne rękawice

 

VI

 Baszta

 

Upadła gwiazda sierpnia

Łabędź zanurzył pierś w rozległej wodzie

Nieruchomy strażnik baszty wodził pędzelkiem po matowej powierzchni perły

 

VII

 Pszczoła

 

Pasieki na wrzosach dają miód ciemny jak kalafonia

Pszczoły zbierają na twych warkoczach garnuszki poranku

Pszczoła zagubiona w bezkwieciu zimy pije śnieg

 

VIII

 Mądrość

 

Wszedłem na wielką tarczę pajęczyny i ugięły mi się nogi

Pozbierałem liść jesieni i obudziłem się starcem

Ludzie przychodzą do młyna gdzie dogorywam siedząc w milczeniu przy blasku pochodni

 

IX

 Wędrowiec

 

Los mnie wielokrotnie obracał na ścieżce życia

Widziałem płonący krzew w dłoniach niewiasty

Dzieciątko rysujące patykiem cień kija na piasku lotnym

 

X

 Nabożeństwo

 

Tabernakula w kościołach wiejskich są otwarte

Nie uczynili tego grabieżcy

Jedynie mgły z pola zakradły się do aksamitnych wnętrz

 

XI

 Zagadka

 

Wbiłaś mi narzędzie mordu aż po gardę

Po to aby ogrzać rękojeść

Czy jabłoń swej kostniejącej krwi

 

XII

 Sad

 

Koszyk białej trucizny który niosłaś przez sad

Rozproszył się na wietrze

Upadłaś zakrywając twarz fartuchem haftowanym w czereśnie

 

XIII

 Pies

 

Delikatny ból żeglarza w bocianim gnieździe

Mokasynowy taniec Eskimosa z córką w igloo

Raniony pies który z trawy wyłuskuje potrzebne mu zioła

 

XIV

 Mściwość

 

Lisy pożerają kurczęta mojego lęku

Otoczyłem się palisadą

Pęcherzami bębnów- na jednym z nich jest skóra mojej twarzy

 

XV

 Zmarszczki

 

Czy biegacze dobiegną do kałuży błota

Czy dym z jedliny utworzy chmurę z piorunem

Czy już połknęłaś i strawiłaś diament który ci ofiarowałem do pocięcia lustra

 

XVI

 Polowanie

 

Zdjęłaś kaptur sokoła tak lekko jak dzwonek z ołtarza

To wstrętne- twoje oko kiedy trafił do celu

Nie wiesz, że za tobą stoi upiór własnego oka w ruchomych żmijach rzęsy

 

XVII

 Błysk

 

O słoneczny brzeżku spoza gradowej chmury

O jesienna drogo wśród srebrnych brzeźniaków

O gilotyno całowana przez emerytowanego oprawcę

 

XVIII

 Karykatura

 

Płacz moje biedne serce

Jesteś wędrownym ślepcem o białej lasce

Garbusem ze szkiców Boscha choć tamci zawsze uśmiechnięci

 

XIX

 Kryjówka

 

Lato natarło całym wojskiem- przewodził mu książę

Proporce chabrów niekiedy przeobrażały się w mnichów

Skryłem się w Morzu Czerwonym od ugotowanych raków

 

XX

 Zen

 

Zen- mysia dziupla w samym sobie

Zen- altana eremity po wielkim pożarze

Zen- łono matki zamknięte przede mną jak małża

 

Część druga

 

I

Podróż

 

Płynie bystry potok z jedną pióroskrzydłą rybą

Dzieciństwo jest w przepychu światła

Przemierzam rowerem wichry roztrzepotanych naszyjników

 

II

 Szczęście

 

Ledwo dotknąłem pyszczka sarny ucałowała mnie

Wbiłem lewkonię w łąkę mojej duszy

Ustawiłem wiatrak z liści Dym z kominów Osady moich snów

 

III

 Okolica

 

Pomyśleć że roztopię się w kropli żywicy

Ona zejdzie do morza i stwardnieje w bursztyn

We wnętrzu kropli miasteczko z purpurowymi dachówkami

 

IV

 Znowu

 

Słodka jest miłość dojrzałej męskości

Paź królowej zasypał całą kotlinę pyłem ze skrzydeł

Pod lasem zbierano siano jeszcze wilgotne od drzemki ślimaków

 

V

 Poranek

 

Chłopi niosą worki z mąką Są cudownie fioletowe

Ktoś nie domknął furtki od ogrodu

Złodzieje omijali bieliznę rozwieszoną na krzewach tarniny

 

VI

 Nieśmiertelność

 

Co ze mnie zostanie Nie martwi mnie to wcale

Jak obojętna jest szklana kula dmuchawca

Ledwo mrówka Lew liść przyklejony do lampionu kochanków

 

VII

 Woda

 

Mędrzec z wielkim owocem kądzieli

Szyba w ramie nieznanego okna

Balkon oderwany od willi i lecący na przestrzał przez morza

 

VIII

 Sen

 

Wejdź córeńko do kosza owoców- poniosę je

Osiedlona w koronie jabłoni

Nie przerwiesz snu o szybki drganiu serca polnej myszy

 

IX

 Odpoczynek

 

Świerszcz usiadł za kominem

Starzec na niestruganej ławie

Czuję się psem u jego wielkich łagodnie zreumatyzowanych palców

 

X

 Zen- drugie

 

Zen- ręka dziecka wsunięta w garść mężczyzny

Droga jest piaszczysta i pełna delikatnego igliwia

Już zachód warzy dla nas jaśminową herbatę

 

 

Część trzecia

 

I

 Umarli

 

Umarli mają wysokie czoła i spokój wiedzy

Potem dzieje się coś okropnego

Ale osy uwiły sobie gniazda w ciałach moich dziadków

 

II

 Zwierzyniec

 

Siwiejący bocian- nie biały lecz siwy

Niska granatowa chmura- nie burzowa lecz pełna zmęczenia

Tygrys przyjął twoją pieszczotę z mylącym pomrukiem ulgi

 

III

 Mewy

 

Ogromne klucze mew leciały nad zaśnieżonym morzem

Kiedy śnieg opadł

Złote pazurki sterczały we mnie jak ostrokrzewy w upragnionych fiordach

 

IV

 Pogrzeb

 

Niech mnie poniosą w lektyce siedzącego

Sztywno i biało- owinięty w liść eukaliptusa

Raz tylko skłonię głowę przed kretem niewidomym

 

V

 Godzinki

 

Jesienne dzwony są z zamszu Dzwonnicy

W białych rękawach pociągają za bawełnę

Serca dzwonów kapią ciężkimi łzami stearyny

 

VI

 Pamięć

 

Namaluj ideogram swej pamięci  Będziesz przydawał

Tyle kresek pobocznych ile niezbędnych

Praca potrwa tysiąc nocy a z knotów świec- pokrowce dla biegunów północy i południa

 

VII

 Zwątpienie

 

Rączego konia Europy na cuglach Orientu  jak wieść

Mowa jest gruboskórna

Milczenie- kolano na kolanie- tak się kolebią nogi głupców

 

VIII

 Odwiedziny

 

Pejzaż jest tym przyjacielem którego trzeba wprowadzić

Dać mu świetlisty dzban zsiadłego mleka

Podłogę na której jeszcze się znaczą herby dębów

 

IX

 Ekstaza

 

Ekstaza- zabytek od warstwami innych zabytków

Rzesze wyrobników pracują nad odsłonięciem pierwszego Ilionu

Inni go fotografują i powielając unicestwiają bezpowrotnie

 

X

 Sezam

 

Na drodze z lasu napadły nas jerzyki

Nietoperz kiedyś szukał drogi do mej twarzy

Chowam w sobie to ciepło rozwścieczonych zwierząt jak klejnot honoru

 

XI

 Rośliny

 

Buszująca w ostach dała się przegnać pokrzywą

Kiedy bezskutecznie śliniła rany myślałem

O przygwożdżeniu do krzyża i welinie przydrożnych stokrotek

 

XII

 Październik

 

O jak mnie oczarował październik w deszczu

Ze skrzydeł wiatraków kapała woda butwienia

Dzieci chorowały i książkami baśni opędzały się przed śmiercią

 

XIII

 Transcendencja

 

Zbliżam się i oddalam jak od złoczyńcy

Pożądając bogactwa chcę być okradziony

Przede wszystkim z Niego i przez Niego

 

XIV

 Pogarda

 

Nie wolno i pogardzać człowiekiem bez duszy

Perłopław leży na piasku bez owoca morza

Ominął cierpienie- ma więc poznać okrucieństwo mej stopy?

 

XV

 Sokrates

 

Świat jest bliski zniszczenia- pytanie

Świat jest bliski zniszczenia- odpowiedź

A przecież Sokrates mlaskał pijąc cykutę

 

XVI

 Kosmetyka

 

Modlitwy zderzyły się i upadły

Mędrzec oświetla krwawe strzępy litanii kagankiem

Zaniesie juchę Cesarzowej do szminkowania warg

 

XVII

 Przykazanie

 

Błogosławieństwem było zauważenie w trawie zamysłu

Chlubą niebios- śmierć od spadającej gwiazdy

Męstwem- odniesienie przeczytanej księgi do księgozbioru

 

XVIII

 Historia

 

Korzenie rozsadziły ziemię i wytrysło źródło

Był bój o fontannę i studnię

Niebo sprowadziło powódź

 

XIX

 Żegluga

 

Okresy oddechu są subtelniejsze niż słowa

To zefir przecież napina żagle i cieszy żeglarza

Wielki smutek martwoty na morzu Nie ratują nawet wyspy

 

XX

 Zen- trzecie

 

Zen- masz tyle pestek ile łódek tarcza słonecznika

Gorąco jest igle zagubionej w stogu siana

Choć tak drobna- po suszy- sparzy nawet łapę niedźwiedzia

 

 

Część czwarta

 

I

 Plac

 

Byłem już w tym mieście podczas snu

Szukałem placu ze skrzydlatym koniem z którego chrapów biły fontanny

A tutaj tylko wiatrak pięścią zmiażdżony i upiór pochodni

 

II

 Balon

 

Osadzona w koszu balonu nagle uleciała na skrzydłach wachlarza

Potem pajęczyna ją porwała

Nad malachitowe żagle korwet w kielichu zatoki

 

III

 Kominy

 

Są dziećmi dymu

Nie jego rodzicielami

Tak jak płuco się rodzi z westchnienia agonii

 

IV

 Lunapark

 

W lunaparku płynę na wełnianym wielbłądzie

Siodło wzgórz zaprasza włóczęgę do odpoczynku

Lampki między karuzelami dzwonią redykiem złotorogich tryków

 

V

 Miasto

 

Stanąłem na szczycie drabiny aby napawać się miastem

Potem szczeble jak sople lodu pomknęły w dół

Spojrzałem- a tu sosna i modrzew- i znowu wieś dokoła

 

VI

 Wypadek

 

Archanioł wpadł pierwszy do ścieku

Dobywano do ostrożnie- narzędziami dentysty

I sznurem od gwizdka generała policji

 

VII

 Konający

 

Miasto krzyczy

Rozpaczliwa syrena karetki pogotowia

Dziewczynka w zielonym berecie wrzuca list do wuja w miejscowości Greenwich

 

VIII

 Porządek

 

Żebraków przepędzono spod kościołów

Zaśmiecali trawniki

Opakowaniami lodów Drzazgami protez i cierniami Chrystusa

 

IX

 Zegary

 

Ptak zapodział się w trakcjach elektrycznej kolei

Ludzie rozbijali namioty na peronach

Dworcowe zegary umykały pośpiesznie do tuneli

 

X

 Zen- czwarte

 

Zen- miasto które zburzyli barbarzyńcy

Potem zajęli się nimi ludzie rokoka

Mieli za wąskie palce- wznieśli misterne płacze altówek

 

 

Część piąta

 

 

I

 Praca

 

Kwiaty otwieraj łagodnie o poranku

Zamykaj ich konchy o wieczorze

Jakie to czarująco zbyteczne- nieroztropne

 

II

 Pióro

 

Leżąc w podbiałach oglądałem walkę aeroplanu z Aniołem Gabrielem

O blaszanym ptaku O mieczu z płomienia

Spadło jedno gęsie pióro bym je zestrugał na końcu

 

III

 Jerycho

 

Jozue nie był mędrcem Kazał dąć w surmy

Mnie starcza twój turkot duku-okto mała synogarlico

Sypią się blanki Z chrzęstem padają bramy Rzeź niewiniątek na twoich wargach

 

IV

 Gwałt

 

Altankę twoich kości połamałem w pacierz

Strzałę dziewictwa  strzaskałem na kolanie

Łzy wypiłem z nabożeństwem jak źrebak u boku matki

 

V

 Holandia

 

Chłop- półgłówek utacza bałwana z nitek babiego lata

Pastor usiłuje nawrócić dym z komina cytatami z szyldów rzeźnika

Dlaczego ma być wszystko uporządkowane jak w brylancie Spinozy

 

VI

 Nieostrożność

 

Wabiłaś moje namiętności łyżką z kopczykiem soli

Ocean rozkoszy był pełen krwi

Ocknąłem się- a tuż obok Morze Martwe z małżowinami trupa

 

VII

 Wskazania

 

Dół- zasypać

Rygiel- odsunąć

Żyć- pójść po laskę do szatni Zapłacić gromnicą

 

VIII

 Przedwiośnie

 

Pierwsze- ten sen dzisiejszej nocy (rozcinanie kopert rzęsą

Wyrwaną z oka karpia) Drugie-

Ta jawa srebrnych spodów liści na drzewkach smaganych wiatrem elektryczności

 

IX

 Bogoszukańcy

 

Jak niemowlęta ssają- aż do starości- palec

Przecież miał Bóg być na spodzie

Widmo dzieciństwa naprzeciw śmierci jest tak nikczemne

 

X

 Pojedynek

 

Och bić się szablami krzemionkowej trawy

Zadawać rany- rozchylone uda kochanek

Balsamy- podziemne bazyliki latyfundia

 

XI

 Żebrak

 

Żebrak prosi o wsparcie w postaci jałmużny- pogarda

Biedak domaga się noża aby zabić oślepłego psa

Demon chce zrzucić skórę jak wąż- weź go do własnego domu

 

XII

 Demony

 

Nie są puste ani pełne

Ani zaczęte ni też dokończone

Płacz więźnie im w gardzielach Brak formy w okrucieństwie

 

XIII

 Choroba

 

Najadłem się cierpienia

Nie odczuwam wdzięczności dla krzywdziciela

Przetaczam pustą skorupą po czaszkach zwierząt którymi wybrukował sobie zajazd

 

XIV

 Szal

 

Biały szal na cierniach głogu

Zdjąć go- a więc rozszarpać

Zostawić na chwilę łakomstwa równie bezradnym złodziejom?

 

XV

 Śmierć morska

 

Zwyczaj zrzucania trumien za burtę okrętu

Czuję to: woń siarki

Z jaszczy dział gorących jak bochny chleba

 

XVI

 Biżuteria

 

Chyba jestem bardzo zmęczony pracą w kuźni

Skoro kradnę znajomym niewiastom biżuterię

Nie mam nic lepszego do usprawiedliwienia

 

XVII

 Chrabąszcze

 

Chyba jestem bardzo zmęczony pracą poganiacza wołów

Skoro łowię chrabąszcze do szeleszczących szkatuł

Nie mam nic lepszego do usprawiedliwienia

 

XVIII

 Ptaki

 

Chyba jestem bardzo zmęczony pracą przy pagodzie

Skoro majstruję zimowe domki dla ptaków tajemnicy

Nie mam nic lepszego do usprawiedliwienia

 

XIX

 Pisarstwo

 

Chyba jestem bardzo zmęczony pracą nad tysiącami liter

Skoro między znakiem i znakiem wznoszę przepastne mosty

Nie mam nic lepszego do usprawiedliwienia

 

XX

 Zen- piąte

 

Zen- lampa, w której uwiązł motyl nocy

Trzepoce się a ja bez rąk

Jedynie wielkie obrzmiałe powieki poruszają się wolno

 

 

Haiku- animaux

 

 

I

 Początek

 

Spotkałem na ścieżce druku Zaleszczotka- Psotnika

Przetaczał szczypcami litery

Jak wszyscy- najbardziej się trudził z kanciastym ideogramem

 

II

 Ważka

 

Ważka w opisaniu ucznia Bascho

Jest skrzydlatym strąkiem papryki

U nas oczyma ogromnymi jak żarna rzucone w trzciny

 

III

 Mrówki

 

Pożary mrowisk obejmują las

Nocą zaglądasz w poszycie niespokojne

Czy to mrowiska płoną czy kuźnie wyprawiają broń?

 

IV

 Kogut

 

Kogut wypiał na czerwono ten pełen dżdżu poranek

Przewracam cię w stogu siana jak zapaśnika

Moja ty mokrowłosa  k u k u r y k o

 

V

 Teatr

 

Od dawna uważnie patrzymy sobie w oczy

Wilk owca i ja

Kto poruszy się pierwszy- podniesie żelazną kurtynę

 

VI

 Szekspir

 

Zaskroniec żywojad pożera starannie żabkę

Wychylona z paszczy wymachuje nostalgicznie łapkami

Kogo tak żegna ze swego balkonu już półtrupia Julia?

 

VII

 Pająk

 

Po winorośli- nocą- wspinają się pająki

Nuże podaj rękę druhu popatrzymy w okno

Gospodarz czy śpi- gospodyni czy młoda

 

VIII

 Smok

 

Smok latający tłucze się we wnętrzu białego abażuru

Potem skwierczy groźnie i zapalczywie

Płynie przez jeziora tłuszczu- odpoczywając- na wznak

 

IX

 Waga

 

Wściekłość mysikrólika

Czułość sępa

To się wyrówna wygładzi języczkiem kaczki na stawie

 

X

 Kappa

 

Ubrałem cię w chytrą głowę tygrysa

Ale z poczciwym blaszkowatym dziobem

Metresą jesteś i długopalcą nudą spaghetti

 

XI

 Lew

 

Lew u dzieci natury jest tyle bogiem

Ile u mieszczan mosiężną kołatką

Och jak ci burżuje lubią potrząsać

 

XII

 Anubis z głową szakala

 

Ludzie go nie chcą

Zwierzęta odtrącają

Anubis nie umie ani wyć potężnie ani lamentować

 

XIII

 Miniatura z psałterza

 

Moi przyjaciele antylopy Garna

A zwłaszcza pobrzękliwe koziołki z rogami jak oprawa liry

Defilujcie do tronu króla Dawida- brykając

 

XIV

 Sarna

 

Tajemnicą wdzięku sarny jest płowość

Spody liści dębu w jesieni-

I za długo całowała czubki warkoczy Śpiącej z dzbanem

 

XV

 Lisy

 

Lisy niosą zarazę do wsi

Zarażeni siadają do stołu wigilijnego

Przy dzieleniu opłatka Najstarszy kąsa pierwszy

 

XVI

 Zima

 

Strzała mrozu wyskoczyła wysoko nad choinę

Gile połknęły zmrożone rajskie jabłuszka i milczą

Lubię zimę kiedy cmentarz przeobraża w masyw płaskowyżu

 

XVII

 Żółw

 

Prosperuje w swojej skorupie jak mój mózg w puszce czaszki

Patrzę w przerażeniu na rozum z wolna się gramolący

Zatrzymaj się Dokąd tak gnasz niepohamowanie

 

XVIII

 Ryba

 

Jej znak wyprzedził symbolikę Krzyża

Jej wnętrze zwiedzał Jonasz z latarką

Jej blady uśmiech spod prześwietlonej tafli unieruchamia mężczyzn

 

XIX

 Poezja

 

Od rana zawiązuję biały kitel śniegu i hajda do gawry

Śpiący niedźwiedź wynajął mnie jako pedicurzystę

Piłując okrwawione pazury myślę: Cóż za podniecający zawód

 

XX

 Zen

 

     1

O Zen- w Kraju Rozkoszy przechadzają się powabne Jednorożce

O Zen- w Dolinie Płaczu Koczkodan duma w obfitym płaszczu żałoby

O Zen- pod Namiotem Sztuki Uchatki skaczą przez płonące koło

 

     2

O Zen- wszystkie nasze zasługi kreślą Bracia Pomniejsi

Wąż Latimeria Ryjówka- Wścibinos stodoły

Grzechy niesiemy tak samotnie że nawet laska z rąk opada

 

     3

O Zen- nie zadławiaj w nas węża i lisa

O Zen- uratuj w nas delikatną naturalność szakala

Pomówiliśmy zwierzęta o nas samych- a one nas nie odepchnęły

 

 

Haiku dla Kingi

 

 

I

 Dziadek

 

Już- popatrz- jestem dziadkiem herbacianym

Sam przed snem opowiadam sobie aromatyczne baśnie

O nieporządku świata- śniegu topniejącym na Klasztorze- i o następstwach

W koncercie A-maj Modlitwy

 

II

 Wnuczę

 

Po bardzo śnieżnym pochyle (o głos się prosi Owernia)

Zeszła kozica z koźlątkiem

Wiesz teraz dlaczego mam takie mokre oczy

 

III

 Skowronek

 

Kiedy dziecko się rodzi- nikt nie wierzy w  śmierć

Kiedy dom budują- kto wspomni o ruinie

Ryba płynie tak figlarnie w potoku jakby była skowronkiem

 

IV

 Olbrzymy

 

Dziecko ogania się przed słońcem- to zbyt ostre

Dziecko robi z ust podkówkę- pada deszcz

A wszędzie Olbrzymy Olbrzymy i nie ma strachu

 

V

 Kinga

 

Ponoć księżna Ponoć sól odkryła

Ma Wieliczkę wśród zasług- sama wśród tłumu żebraków

Władczyni- a teraz odmieniona- paluszki bada czy aby sprawne